W marcu tego roku dwudzieste urodziny świętowała publikowana corocznie lista czterystu najbogatszych Amerykanów, tak zwana "the Forbes 400".
Od czasu pierwszej edycji w marcu 1982 roku lista ta stanowi obiekt uwielbienia, zagorzałej krytyki i kpin - wszystko w tym samym czasie. Krytykowana jako najgorszy z objawów uwielbienia dla pieniądza, chwalona jako poważne, naukowe opracowanie i mniej lub bardziej delikatnie wyśmiewana (do klasyki już przeszedł rysunkowy żart z Chicago Tribune, na którym studiująca listę kobieta mówi do swojego męża: "No tak, ty byś był na 213.441.063 miejscu"). Lista ukazuje się regularnie od dwudziestu lat i co roku, w marcu jest czytana przez miliony czytelników (zarówno zwolenników jak i krytyków) w Ameryce i na całym świecie.
Bogactwo fascynuje ludzi od zawsze, a to "kto ile zarabia"? jest pytaniem, które zadajemy sobie od zarania dziejów. Pomysł publikowania list grupujących najbogatszych ludzi nie jest wcale odkryciem sprzed dwudziestu lat. Już na długo przed marcem 1982 roku czasopisma publikowały listy najzamożniejszych mieszkańców miasta, regionu, czy kraju. Wystarczy wziąć pod uwagę XIX i początek XX wieku, by odnaleźć listy Amerykanów posiadających przynajmniej milion dolarów (publikacja New York Tribune z 1892 roku), nie wspominając już o licznych publikacjach książkowych (do najbardziej znanych należą: "Historia największych amerykańskich fortun" G.Meyersa, i "Sześćdziesiąt rodów Ameryki" M. Josephsona).
Istnieje jednak coś, co w zasadniczy sposób różni wszelkie wcześniejsze publikacje od Forbes'owskiej, otóż wszystkie owe listy miały jedną wspólną cechę: były wydarzeniami jednostkowymi i nie były powtarzane w następnych latach. Taka sytuacja sprawiała, że choć zaspokajały ludzką ciekawość, to ze względu na brak kontynuacji, nie zapewniały materiału do porównań i analiz.
Ranking Forbes'a ową logiczną kontynuację zapewnia. Ukazująca się regularnie przez dwadzieścia lat lista najbogatszych stanowi precyzyjny zapis rozwoju, a niejednokrotnie też i upadku ludzkich fortun. Równocześnie, będąc zapisem historii poszczególnych ludzi stanowi świadectwo gospodarczej i społecznej historii całego kraju. Na tym nie kończą się zalety Forbes'owskiej listy. Daje ona również świadectwo przemianom gospodarczym obejmującym swym zakresem więcej niż dwie dekady.
Mówiąc o dwudziestu latach funkcjonowania listy rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że jej historia sięga dalej, niż do lat osiemdziesiątych. Już sześćdziesiąt lat wcześniej, w marcu 1918 szkocki emigrant B.C. Forbes opublikował w swoim dwutygodniku listę 30 najbogatszych Amerykanów. Była ona inspiracją dla późniejszych rankingów i to właśnie ona stanowi najwcześniejszy Forbes'owski materiał do finansowych porównań.
Od czasu publikacji na łamach Forbes'a pierwszego rankingu najbogatszych upłynęło ponad osiemdziesiąt lat, a dwadzieścia od chwili, gdy rankingi te zaczęły ukazywać się regularnie. Warto się zastanowić jak od tego czasu, zmieniała się Ameryka i jej najbogatsi obywatele?
Różnice widoczne są już w samej ilości najbogatszych: opublikowana w 1918 roku lista obejmowała trzydzieści osób, z których najmniej zamożna była w posiadaniu fortuny szacowanej na 50 milionów dolarów. Obecnie, aby dostać się do Forbes'owskiej statystyki trzeba być właścicielem przynajmniej 550 milionów dolarów.
Na pierwszy rzut oka różnica wydaje się być olbrzymia, w rzeczywistości jednak wcale nie jest duża - ponad osiemdziesiąt lat przemian gospodarczych sprawiło bowiem, że 50 milionów dolarów z lat dwudziestych ubiegłego wieku, w istocie rzeczy odpowiada sumie około 548 milionów dolarów w roku 2002. Jak więc widać próg kwalifikacyjny pozostał niemal ten sam. Niezaprzeczalnym natomiast faktem jest, że ponad dziesięciokrotnie wzrosła ilość osób, które zdołały ów próg posiadania przekroczyć.
Sytuacja taka sprawia, że trzydziestka z 1918 roku zdołała zgromadzić (w przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara) niewiele ponad 40 miliardów, podczas gdy współczesna grupa najbogatszych (i to po wyraźnym spadku cen papierów wartościowych, który spowodował zmniejszenie ogólnego majątku czterystu najbogatszych, wynoszącego jeszcze nie tak dawno ponad bilion) znajduje się w posiadaniu ponad 800 miliardów dolarów.
Różnica ta znajduje swoją wymowę w jeszcze innym fakcie: otóż, gdyby spieniężyć majątki trzydziestoosobowej grupy najbogatszych z 1918 roku, to w ich posiadaniu znalazłoby się 2/3 gotówki znajdującej się w obrocie w całych Stanach Zjednoczonych. Obecnie Ameryce nie wystarczyłoby pieniędzy na spłacenie samego tylko Gatesa - co zaś z pozostałymi 399 osobami?
Tak duże różnice bardzo dobrze ilustrują ewolucję dwudziestowiecznej gospodarki - nie tylko wzrost bogactwa Stanów Zjednoczonych, ale także coraz mniejsze odwoływanie się do pieniądza "fizycznego" i wzrost znaczenia papierów wartościowych.
Na przestrzeni osiemdziesięciu lat zmieniły się również źródła największych amerykańskich fortun: majątki najbogatszych w latach dwudziestych były fortunami zbudowanymi głównie w oparciu o usługi bankowe, przemysł wydobywczy ropy naftowej, budowę linii kolejowych, wydobycie węgla i stali oraz przemysł samochodowy. Obecnie, największe fortuny budują się i rozwijają głównie w oparciu o najnowsze technologie informatyczne, media, czy światowe marki (samo Nike uplasowało swojego właściciela na 33 pozycji wśród najbogatszych).
Wyraźna zmiana dotyczy także sposobu w jaki najbogatsi wchodzą w posiadanie swoich fortun. Jeszcze w 1982 roku, a więc w trakcie pierwszej edycji "the Forbes 400", trzynaście procent osób wymienionych na liście pochodziło z trzech rodów. Było tam 11 przedstawicieli rodziny Hunt'ów, 14 Rockefeller'ów i 28 du Pont'ów. W ten sposób zachowana była nie tylko ciągłość rodzinna pomiędzy listą z 1982 a 1918 roku, ale też i podobieństwo w sposobie dochodzenia do majątku - większa część fortun trafiała w ręce właścicieli w postaci rodzinnego dziedzictwa. Sytuacja taka trwająca przez ponad sześćdziesiąt lat (1918-1982), znacznie zmieniła się podczas dwudziestu lat po 1982 roku. Wprawdzie w pierwszej dziesiątce najbogatszych pięć miejsc zajmują członkowie jednej rodziny (krewni założyciela największej firmy na świecie - sieci supermarketów Wal-Mart), to jednak większość wymienionych na niej osób funkcjonuje z opisem "self made" czyli jako realizatorzy amerykańskiego snu o samodzielnym dochodzeniu do olbrzymiego majątku.
Tendencja ta występuje również wtedy, gdy analizuje się obecność kobiet w rankingu. W 1918 roku na liście wymieniono tylko trzy panie, obecnie swoje miejsce ma na niej ponad sześćdziesiąt kobiet. Wprawdzie, biorąc pod uwagę procentowy udział w grupie, to różnica nie jest wcale duża. Zarówno ponad osiemdziesiąt lat temu, jak i dziś kobiety stanowią jedynie około dziesięciu procent najbogatszych Amerykanów. Zdecydowanie jednak różny jest sposób, w jaki trafiły na listę. Podczas gdy panie z lat dwudziestych były szacownymi wdowami po "mających głowę do interesów" małżonkach, to współcześnie same zazwyczaj radzą sobie w interesach i samodzielnie budują swój majątek.
To, co charakterystyczne dla dwóch dekad funkcjonowania listy to duża rotacja. Niewielu jest szczęśliwców takich jak Gates, którzy raz trafiwszy na listę utrzymują się na niej przez wszystkie kolejne edycje. Spośród 400 najbogatszych z 1982 roku w rankingu pozostało się jedynie około 50 osób, a i one niejednokrotnie zmieniały swoją pozycję w klasyfikacji. Spośród pierwszej dwudziestki z 1982 roku, w roku 2002 nikt nie figurował na tym samym, miejscu.
Do bogactwa dochodzą wciąż nowi ludzie, zaś osoby, które raz dorobiwszy się majątku zakładają, że utrzymają swoją pozycję "raz na zawsze" bardzo się mylą. Miejsce w Forbes'owskim rankingu nie stanowi wcale gwarancji powodzenia i stabilizacji. Wśród czterystu najbogatszych zdarzały się bankructwa, a niektórzy spośród nich trafiali za kratki.
Podczas dwóch dekad istnienia lista czterystu Amerykanów stanowiła ranking, na który niektórzy chcieli się dostać za wszelką cenę, nawet kosztem podawania fałszywych informacji. Inni zaś, równie mocno, chcieli figurowania na niej uniknąć.
Ranking nie uniknął wpadek i błędów. W 1994 roku figurowały na liście dwie nieżyjące od wielu lat przedstawicielki rodziny du Pont, Mariana i Eleanor. Mimo tego lista stanowiła i stanowi nadal ważny element amerykańskiej kultury, a zarazem bogate źródło wiedzy dla czytelników. I to nie tylko wiedzy dotyczącej wysokości cudzego majątku. W tym roku jeden ze sklasyfikowanych na liście biznesmenów opowiadał o swojej pierwszej pracy, zarabiał w niej grosze. Zapytany o to, jak podobała mu się taka sytuacja odparł spokojnie "praca była ciężka, pieniądze małe, ale ceniłem okazję...". Możliwość znalezienia chociażby jednej tego typu wypowiedzi stanowi wystarczający powód, by przeglądać Forbes'owską listę.
Ewa Skrijka
Sedlak & Sedlak
Data publikacji: 15.10.2002
Ten materiał nie został jeszcze oceniony